"Korki". Moda czy konieczność?


Znajomi mają córkę przygotowującą się do matury w renomowanym liceum. Mimo tego, że długie godziny spędza na nauce, nie daje rady z opanowaniem materiału. Trzeba było ją posłać na korepetycje. Okazało się, że to nie takie proste. Polecany przez innych nauczyciel matematyki – z powodu braku czasu - zaproponował godzinę „korków” od … 23.00 do 24.00. Cena: sto zł za jedną prywatną lekcję. Okazało się, że aby się do niego dostać, trzeba się było zapisać minimum rok wcześniej! Oto współczesne realia.
Jeszcze kilkanaście lat temu korzystanie z korepetycji nie było przedmiotem dumy. Dziś to normalka, a informacja: „wożę dziecko na korki z przedmiotu x. to dla wielu powód do dumy i uwiarygodnienie wysokiego statusu materialnego. Ci biedniejsi, nie chcąc by dziecko czuło się gorsze, zapożyczają się, by dogonić tych pierwszych. Czasem za korepetycjami przemawiają realia. Aby dostać się dobrą uczelnię trzeba zdać na maturze przedmioty rozszerzone, czyli wykraczające zakresem wiedzy poza podstawę programową. Gdzieś ją trzeba nabyć. Stąd prywatne lekcje.
Różna badania pokazują, że z „korków” statystycznie korzysta dziś co drugi polski uczeń - i to nie tylko w gimnazjum, liceum ale już od klasy V szkoły podstawowej. W myśl zasady, że im „dalej w las, tym więcej drzew” w miarę wchodzenia w kolejne etapy edukacyjne, liczba pobierających dodatkowe, prywatne lekcje lawinowo wzrasta. Najczęściej jest to matematyka, a tuż za nią fizyka, chemia, biologia, języki obce, przedmioty humanistyczne. Nie jest to tylko polski problem. Okazuje się, że np. w Czechach, na Litwie ów odsetek jest jeszcze większy. O co więc chodzi?
Zapewne każdy z rodziców wysyłających swoje pociechy (i bulących przy tym grubą kasę) ma swoje racje. „Bo dziecko nie nadążana lekcjach… Klasa liczy 35 osób. Pani źle tłumaczy. Zbyt szybko jest realizowany materiał. Syn/córka przyszedł do liceum po słabym gimnazjum, gdzie stawiali piątki za nic. Bo moje dziecko musi być najlepsze! Musi się dostać na prestiżowe studia… itd.” = to tylko niektóre z argumentów. Być może wiele z nich jest prawdziwa. Trudno jednak oprzeć się wrażeniu, że chodzi chyba również o modę, ambicje. „Bo tak trzeba. Bo tak inni robią, więc moje dziecko nie może być gorsze!” Ciekawe, że gdy w wielu szkołach organizowane są (nieobowiązkowe) zajęcia wyrównawcze, najczęściej sale świecą pustkami. Belferskie doświadczenie pokazuje też, że nader często pociechy, skarżące się w domu na nauczyciela, że „nie umie uczyć” najzwyczajniej w świecie olewają naukę, stawiając tysiąc innych rzeczy ponad nią. Na nic tłumaczenia, że bez systematycznej pracy nie ma szans na efekty. Że „ogony” uniemożliwiają zrozumienie treści kolejnych działów. Tak się dziś porobiło, że to nauczyciel ma stanąć na głowie, by odpowiednio zmotywować ucznia, poprosić go, by łaskawie przygotował się do klasówki czy napisał wypracowanie. Oczywiście nastolatek – po głębokim namyśle (w chwilach pomiędzy przeładowaniem komputera grzejącego się od gier) – może dojść do wniosku, że ma naukę w ….głębokim poważaniu. I że jeszcze zdąży. A potem czas się zaczyna dramatycznie kurczyć i gdy kosmata panika zaczyna zaglądać do oczu, wymyśla się preteksty i szuka korków. I tak błędne koło się zamyka.
Problem zapewne będzie narastał. Pani minister zapowiada, że w MEN trwają pracę nad tym, co zrobić, aby ów nieszczęsny proceder ukrócić, tzn. jak uczyć, aby „korki” nie były potrzebne. Obawiam się, że prostej recepty nie ma. Ale… Pożyjemy, zobaczymy.
xps