Podpis


Czy można się zbawić nie mając w domu krzyża i „świętych” obrazów? Można. Czy można zrobić z chałupy melinę, podążać prostą drogą do piekła, mając ściany mieszkania obwieszone wizerunkami świętych? Jak najbardziej. Czy ich obecność automatycznie zabezpiecza rodzinne szczęście, staje się swoistym talizmanem gwarantującym życiowe powodzenie, chroni od kłótni, niepokojów? Nie.

A jednak coś ściska za serce, gdy wchodzi się do pięknie urządzonego, odnowionego mieszkania młodych ludzi i nie znajdzie się krzyża, ikony, wizerunku np. Świętej Rodziny, Jezusa Miłosiernego. Kiedy pytam o nie, gospodarz prowadzi zazwyczaj do przedpokoju i pokazuje wstydliwie ukryty malutki krzyżyk. - Jest, wisi. Wie, ksiądz, przed remontem mieliśmy obrazy, ale dziś nie pasują nam do wystroju mieszkania. Ramy nie takie, wyobrażenia świętych staroświeckie - tłumaczy. - Leżą w piwnicy. Ale, tak w ogóle, to wierzący jesteśmy...

Wierzący, ale... naszej wiary się wstydzimy - chciałoby się dodać. Nie mnie sądzić.

Od czasu do czasu w medialnej dyskusji powraca wątek, czy nasi skoczkowie powinni się żegnać przed startem. Felietonista „Gazety Wyborczej” Wojciech Kuczok (jej dziennikarze na co dzień mają usta pełne słów o tolerancji i szacunku wobec inności) stwierdził, iż sportowcy manifestujący wiarę podczas transmitowanych zawodów obrażają jego… uczucia ateistyczne. „Skoczek [...] nie powinien się zachowywać jak pan Zenek z aerofobią, który umiera ze strachu w kołującym aeroplanie. Mateczko Boska, jak się nie przeżegnam, to spadniemy. A przecież Bóg nie ogląda skoków narciarskich - od kiedy istnieje TV Trwam, nie przełącza na inne kanały” - ironizował dziennikarz. I dodał: „«Wymię ojca...» będzie poprzedzało każdy dojazd do progu. Wygląda na to, że w przypadku skoczka z Nowego Targu [chodzi o Dawida Kubackiego - przyp.] wiara w Boga jest silniejsza od wiary w siebie”. Trudno wchodzić w polemikę z kimś, kto publicznie chwali się swoją intelektualną ciasnotą, a jeszcze trudniej uwierzyć, że ktoś taki został nagrodzony nagrodą „Nike”.
Ciekawe, czy rzeczony „artysta” znalazłby w sobie odwagę, by zakpić z modlących się muzułmanów czy kiwających się przed Ścianą Płaczu wyznawców judaizmu? Wątpię. Kpić można tylko z „katoli”.
 
Pamiętam swoje zniesmaczenie, gdy kilka lat temu w restauracji dwa stoliki dalej mniej więcej trzydziestolatek (hałaśliwie, jak to ma w zwyczaju pewien rodzaj „towarzystwa”) relacjonował znajomym, że musiał tłumaczyć swojemu kilkuletniemu synowi zachowanie dziadka, który „międlił w palcach jakieś koraliki”. Śmiechu było co niemiara! Przy okazji oberwało się „czarnym” i „nawiedzonym”, którzy „nie nadążają” za światem, uparcie tkwiąc w mrokach średniowiecza.
 
Żal mi się zrobiło tych ludzi. Mnie nie są w stanie obrazić, zasmucić. Nie zaszkodzą też Panu Bogu. Najbardziej szkodzą sobie.
 
Potrzebujemy dziś odwagi. Żyjemy w takim świecie, gdzie jest dużo krzyku, gdzie ironia i kpina zastąpiły normalną dyskusję, stały się orężem. Niemało ludzi im ulega, dając sobie wmówić, że w XXI w. wierzyć w Boga (a przynajmniej publicznie się do tego przyznawać) to obciach. Potrzebujemy też znaków, które będą nam przypominać, kim jesteśmy. Krzyż na ścianie to podpis: tu mieszkają chrześcijanie. Znak krzyża w ważnym momencie życia, w publicznym miejscu to świadectwo wiary. To także przypomnienie, że nie idziemy przez życie sami. „Tak bowiem Bóg umiłował świat, że Syna swego Jednorodzonego dał, aby każdy, kto w Niego wierzy, nie zginął, ale miał życie wieczne” - powiedział Jezus (J 3,16). Cóż może być ponad Jego słowa?