Ma być glanc na całości!

„Pobożność jest niezwykle ważna, ale rozumu nie zastąpi " – zwykł mawiać ks. Józef Tischner. Prawda. Pobożność i mądrość - ze swojej natury - doskonale się dopełniają, uzasadniają (w myśl stwierdzenia św. Jana Pawła II, iż „wiara i rozum są jak dwa skrzydła, na których duch ludzki unosi się ku kontemplacji prawdy”). Pobożność jest odpowiedzią rozumu i woli na fakt istnienia Boga, który daje się człowiekowi poznać, który przychodzi, aby go uratować, tj. zbawić! „Sam wyraz >>pobożność<< mieści w sobie znaczenie doskonale odpowiadające w naszej polskiej mowie swojej etymologii. Być pobożnym znaczy tyle >>żyć po Bożemu<< - tłumaczyła w swojej książce „O pobożności prawdziwej i fałszywej” na początku XX wieku Cecylia Plater – Zyberkówna.

Problem zaczyna się momencie, gdy ktoś owo „życie po Bożemu” zaczyna się rozumieć opatrznie.

Nie radzili sobie z tym faryzeusze. Ich pobożność - na użytek tego felietonu proponuję zastosować słowo „ultrapobożność” - kazała gorszyć się, gdy Jezus rozmawiał z prostytutkami, celnikami, bywał u nich na przyjęciach, nie bał się dotykać trędowatych i umazać sobie błotem rąk, gdy nakładał je na oczy niewidomego. Nie rozumieli też tego uczniowie - nijak nie chcieli przyjąć do wiadomości, że przyszedł „do chorych, a nie tych, którzy się dobrze mają”.

Czasy się zmieniły, problem pozostał. Życie uczy, że dziś także z wielkim dystansem i ostrożnością należy podchodzić do ludzi ultrapobożnych, przekonanych, że zbiór duchowych przymiotów, które posiedli (w subiektywnym mniemaniu) jest przeobfity, a niebiańskie obłoki (w których znajdują się głowy) przesłoniły ziemię (o którą opierają się nogi). A jako, że nie ma komunikacji pomiędzy rzeczonymi członkami, z łatwością przychodzi im deptać innych.

To problem także naszego środowiska szkolnego.

Ludzie ultrapobożni mają ogromny kłopot ze zrozumieniem, iż inni mogą posiadać ową „doskonałość” w zdecydowanie mniejszym stopniu zaabsorbowaną niż oni. Np. że owym "innym" nie dane było wychować się w ciepłym, pełnymi miłości domu, że coś poszło nie tak w małżeństwie, że muszą nieść konsekwencje złych wyborów. A niekiedy po prostu potrzebują więcej czasu. Bardzo chcą żyć inaczej, ale brakuje umiejętności, siły woli, ciężko wyzwolić się z duchowego pokręcenia…  Ultrapobożni - permanentnie gorsząc się, nie ustając w pouczaniu i słownych połajankach - nie chcą również pojąć, że nader często życie przypomina gobelin: z zewnątrz posiadający piękny wzór, ale gdy go odwrócić na „lewą” stronę pełno tam supełków, zgrubień, które sprawiają, że całości daleko do maestrii. Nie rozumieją, iż nie da się utkać obrazu bez owych nierówności, szpetności. Nie ma akceptacji dla supełków. Ma być glanc na całości!


Trudno zrozumieć, na jakich immanentnych zasadach ludziom ultrapobożnym udaje się wewnętrznie godzić swój sposób praktykowania wiary z zaciśniętymi w pięść dłońmi i nieustannie wykrzywionymi grymasem niezadowolenia ustami. Zamiast wnosić nadzieję, pokój sieją gorycz, aktywizując podobnych sobie frustratów. Na każdą próbę zrobienia czegokolwiek pozytywnego, odpowiadają czarnowidztwem: „To nie o to chodzi! To za mało! Tu nie ma ducha chrześcijańskiego” etc.

Błędne koło się zamyka.

Ciekawa rzecz: kiedy się analizuje historię schizm, herezji, które na długo spetryfikowały podziały w Kościele, okazuje się, że najczęściej impuls wychodził od ludzi superpobożnych. Potrafili zmanipulować innych do tego stopnia, że … wyłączył im się rozum. Tak działają sekty.

- Wolałbyś pójść na spacer z człowiekiem pobożnym, ale niezbyt mądrym, czy z człowiekiem mądrym, choć nie grzeszącym nadmiarem świątobliwości? - zapytano kiedyś poetę ks. Janusza Pasierba. Wybrał drugi wariant. Tak podpowiada logika. Zrobiłbym to samo.

Rozum otwiera horyzonty. Fałszywa pobożność zamyka dostęp światłu. Więzi w ciasnym, dusznym pomieszczeniu samozachwytu dla siebie i wynosi pogardą dla innych. Uniemożliwia jakikolwiek dialog. 

Zamiast pointy chciałoby się zawołać: Panie Boże, chroń mnie od takich „przyjaciół”! Z wrogami sobie poradzę. Amen.