Czy Pan Bóg strzela focha?

Czy Pan Bóg strzela focha?

- Mój pierworodny syn przygotowuje się do Pierwszej Komunii Święte – napisał do mnie w mailu pan Darek. - Niedawno „przerabialiśmy” formułę spowiedzi i przyznam, że zaskoczył mnie pytaniem, na które nie potrafiłem mu odpowiedzieć. Zapytał: >>Czy Pan Bóg strzela focha?<< Zbity nieco z tropu zacząłem dociekać, w czym rzecz. Okazało się, że chodzi o formułę rozpoczynającą spowiedź: „[…] obraziłem Pana Boga następującymi grzechami”. Sam zacząłem się nad jej treścią zastanawiać. Czy Pana Boga można obrazić? Przecież jest bytem doskonałym. W jaki sposób nasze słowa, myśli mogą Go dosięgnąć? I drugiej strony: czy może być On na mnie obrażony, tzn. (przyjmując ludzką miarę) nie chcieć ze mną rozmawiać, być nadąsanym, odwracać się do mnie plecami itp.? Proszę o podpowiedź. Darek.

Rzeczywiście, powszechnie stosowana formułka, może utrwalać w nas fałszywy obraz Boga. Trudno sobie wyobrazić Go „strzelającego focha”, bo też prawda jest taka, że jest On poza naszym zasięgiem. Z drugiej strony: w Jezusie Chrystusie dał się okrutnie zranić, ukrzyżować. Tylko, że nie Bóg Ojciec potrzebował śmierci swojego Syna. To my jej potrzebowaliśmy: ja, ty, pani Zosia z osiedlowego warzywniaka i pan Waldek, który od lat nie chodzi do kościoła i może nawet o nie słyszał o Nim… Jezus przyjął nasz „dłużny zapis”, wziął na barki nasze grzechy i raz na zawsze skruszył oścień śmierci. Pokazał, jak wielka jest Boża miłość – udowodnił nam, notorycznym „niewiernym Tomaszom”, że „Bóg jest miłością” (por. 1j 4,8). A skoro tak, to o Nim pisze św. Paweł w Hymnie o miłości, która „cierpliwa jest, łaskawa jest […] nie zazdrości, nie unosi się pychą […] nie pamięta złego, nie cieszy się z niesprawiedliwości […] we wszystkim pokłada nadzieję,wszystko przetrzyma […] nigdy nie ustaje” (por. 1 Kor 13, 4-8).
I gdzie tu mowa o obrażaniu się, fochach na „ludzki obraz i podobieństwo”?
Moje grzechy nie szkodzą Panu Bogu, bo - jak napisał Kohelet – ja jestem „marność nad marnościami” (Koh 1,2). One szkodzą przede wszystkim mnie. Zamazują we mnie Boży obraz. Bóg nic nie traci, gdy nie klękam do modlitwy i nic nie zyskuje, gdy to czynię. Jego chwała jest niekończenie wielka - i nie zależy ode mnie. To ja Go potrzebuję. Potrzebuję tej modlitwy, zgiętych kolan, pokory, bo tylko tak mogę otworzyć się na Jego łaskę – tylko tak może stopnieć lód, który jest we mnie. Bez tego nie rozpoznam siebie, nie odnajdę pełni życia. Bez oddania Stwórcy należnej czci nie odkryję swojej wielkości. Potrzebuję zbawienia, które tylko On może mi zapewnić. Bardzo dobitnie prawdę tę wyraża jedna z prefacji mszalnych (czwarta okresu zwykłego): „Chociaż nie potrzebujesz naszego uwielbienia, pobudzasz nas jednak swoją łaską, abyśmy Tobie składali dziękczynienie. Nasze hymny pochwalne niczego Tobie nie dodają, ale się przyczyniają do naszego zbawienia”.

Wkurzony Bóg?
Czasem, kiedy czyta się Stary Testament, autorzy rożnych ksiąg piszą o Panu Bogu, który „ostro” wkurzył się na wiarołomnych ludzi. Słychać to w psalmach, księgach apokaliptycznych, opowiadaniach o potopie, zagładzie Sodomy i Gomory itd. Powstaje jednak zasadnicze pytanie: czy nie było tak, że to ludzie, wybierając określony styl życia, kwestionując Boży porządek, sami zadecydowali o swoim losie? Czy jeśli ktoś idzie przez życie prostą drogą do piekła (i w końcu doń trafia) to dlatego tak się dzieje, że Pan Bóg się na niego obraził, czy dlatego, że on tak wybrał?...

Pan Bóg nie jest w stanie się na człowieka obrazić, podobnie jak ludzki (normalny) ojciec nie chce, by jego dzieci się go bały, nie jest w stanie skazać ich na zagładę. Raczej życie za nich odda.
Skąd zatem wziął się formule sakramentu pokuty ów językowy łamaniec? Trudno powiedzieć. Może to niedoskonałość naszej pięknej, aczkolwiek trudnej „mowy polskiej”, wyraz ludzkiej nieporadności i niemożności ogarnięcia wielkości Bożego miłosierdzia? Może warto byłoby pomyśleć o nowej „regułce”? Spotykam ludzi, którzy ów dylemat dobrze rozumieją i zaczynając spowiedź od słów: „zniszczyła/em w sobie Boży obraz przez…” i w dalszej kolejności wyznają grzechy. Pięknie. Niech się głowią nad tym dylematem teologowie i liturgiści.

Tak naprawdę nie słowa są najważniejsze. To tylko ścieżka, czasem kręta i wyboista. Najważniejsze jest to, co kryje się ludzkim sercu: zrozumienie, jak wielka jest Boża Miłość. I pragnienie, aby ją przyjąć jak najpełniej, żyć nią na co dzień i nieść innym. Więcej nie trzeba.